Pokazywanie postów oznaczonych etykietą schronisko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą schronisko. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 marca 2016

Bo czarny, to zły... O syndromie czarnego psa

Szczerze mówiąc, dopóki nie zapytałam na jednej z psich facebookowych grup, czy ktoś spotkał się ze stereotypami dotyczącymi czarnych psów, nie wiedziałam, że istnieje na to fachowa nazwa: syndrom czarnego psa. Dla mnie brzmi to co najmniej śmiesznie, ale jest to raczej śmiech przez łzy, bo osobiście nigdy nie miałam nic przeciwko czarnym zwierzakom i nie rozumiem jak można mieć - i mówi Wam to osoba, na którą w dzieciństwie skoczył czarny pudel, co spowodowało blisko 20 lat lęku przed psami! Bynajmniej nie z powodu ich koloru... Ale ok, przyjmijmy, że kolor sierści może mieć znaczenie i chociażby podświadomie czarny kojarzy się z czymś złym, mrocznym, agresywnym, nieprzewidywalnym, tajemniczym... Czarny pies to prawie tak bardzo zły omen jak czarny kot? Ponurak w Harrym Potterze był wielkim czarnym psem zwiastującym śmierć... Ale z jaką łatwością można było go pomylić z Syriuszem, któremu leżało na sercu przede wszystkim bezpieczeństwo głównego bohatera popularnej serii książek? (fanatyczka pozdrawia innych fanatyków, potterheads unite! :D).

Jak wspomniałam, zrobiłam szybki risercz na temat rzekomych mitów dotyczących czarnuchów w jednej z psich grupek na facebooku (bardzo dziękuję wszystkim, którzy aktywnie się wypowiadali!). Szczęśliwie okazało się, że właściwie nikt nie wierzy w tego typu bzdury! Udało mi się jednak "złapać" kilka ciekawych spostrzeżeń. Dużo osób mówiło o tym, że słyszało o takich negatywnych stereotypach lub wprost o "syndromie czarnego psa", ale raczej w kontekście tego, że czarne są najczęściej uznawane za nijakie (akurat mi zawsze jednolita czarna sierść wydaje się wyjątkowo oryginalna i wyróżniająca się... co człowiek to obyczaj ;)) i mają przez to mniejsze szanse na adopcję. Coś w tym musi być, ponieważ widziałam kilkakrotnie kampanie schronisk czy fundacji, które mówiły właśnie o "niewidzialnych" czarnych podopiecznych, którym trudno znaleźć dom... Czy to rzeczywiście kwestia "nieatrakcyjności" umaszczenia czy może jakieś podświadomie siedzące w nas negatywne skojarzenia z czernią? Na marginesie, absolutnym kuriozum jest dla mnie stwierdzenie, że czarny psy (ale także koty!) rzadziej są adoptowane, bo źle wychodzą na zdjęciach! Ekhem... Jakby to powiedzieć... Wystarczy chyba zerknąć TU. Czy ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości?



Spróbujemy jednak na chwilę podejść do sprawy adopcji czy kupna psa bardziej naukowo. Czytając o syndromie czarnego psa, natrafiłam na dwa bardzo ciekawe artykuły: jeden po polsku i jeden po angielsku. Chciałabym streścić tu interesujący fragment tego drugiego. Przeprowadzano kilkakrotnie badania naukowe dotyczące wizerunku czarnych psów. W jednym z nich, badani mieli za zadanie określić co sądzą o psach na zdjęciach - pokazywano im psy o jasnym i ciemnym umaszczeniu. Wygrało jasne umaszczenie, które oznaczało dla badanych psa bardziej przyjaznego i stabilnego emocjonalnie. Inne badanie pokazało jednak, że kolor nie jest czynnikiem decydującym jeśli chodzi o prawdopodobieństwo adopcji - najważniejsze dla potencjalnych opiekunów było to, czy pies jest rasowy. Następnym kryterium był rozmiar dopasowany do stylu życia i możliwości nowego właściciela oraz wiek (znany również na naszym podwórku problem psich seniorów...). Dopiero po tym wszystkim przychodziła pora na wybór pod względem koloru. Z kolei inne badania, wykonane w schroniskach w Los Angeles i w Nowym Jorku, pokazały, że czarne psy krócej czekały na adopcję niż czworonogi o innym umaszczeniu. Ciekawym przypadkiem są też badania wykonane znów na podstawie fotografii psów - czarne pudle były oceniane jako bardziej przyjazne od tych białych i właściwie nie ma psa, którego ludzie bardziej by uwielbiali od czarnego labradora!

Wszystko to pokazuje, że sytuacja nie jest czarno-biała. W pewnych miejscach na świecie adopcja czarnych psów nie stanowi problemu, z kolei w innych czarnuchy często muszą swoje wyczekać za kratkami zanim trafią do nowego domu. Niezaprzeczalnie jednak kolor nie jest pierwszą rzeczą, na którą zwracają uwagę chętni to adopcji - wszystkie badania pokazały, że ważniejsza była dla nich rasa, wiek i rozmiar.

Artykuł zwraca też uwagę na ważny aspekt badań dotyczących syndromu czarnego psa - należy zachować ostrożność i dystans w stosunku do ich wyników. Badania robione w tym samym czasie w różnych miejscach dawały odmienne rezultaty, z kolei badania robione w jednym miejscu rok po roku również różniły się, niekiedy znacząco. Każdy, kto chciałby udowodnić, że syndrom czarnego psa istnieje i jest dużym problemem, ma oręż w postaci literatury na ten temat i konkretnych badań. Ale ci, którzy uważają, że czegoś takiego nie ma mają także odpowiednią literaturę i badania! I znów perspektywa patrzenia zależy od miejsca siedzenia... Nie zmienia to jednak faktu, że samo zagadnienie jest dość złożone i wciąż interesujące.

Bardzo groźny i agresywny czarny pies...

Uff, odchodząc już od tego naukowego tonu i zbliżając się ku końcowi - kilka lżejszych historyjek ;)
Faktem jest, że właściciele czarnych czworonogów czasami spotykają się z nietypowymi reakcjami ze strony przechodniów - i to tych z psami, i bez. A jeśli jeszcze nasz czarnuch jest dość duży i przypomina wilka (patrz: psy w typie owczarków niemieckich ;)), to sprawa może być już całkiem przegrana. Czarny zły wilk! Czy może być coś gorszego? Najśmieszniejsze jest to, że z moim średnio-małym czarnym złym wilkiem też miałam takie przygody - niezbyt często, ale jednak na tyle często, żeby się nad tym zastanowić! Idący z naprzeciwka właściciele ze swoimi psami niekiedy brali je na ręce albo stawali w miejscu i czekali aż ich miniemy, ewentualnie chowali się w jakimś bocznym przejściu czy bramie. Miałam przy tym okazję widzieć jak na psa podobnej do Bąbla postury reagowali normalnie, czyli właściwie nie reagowali. Oczywiście powodów takich zachowań może być wiele i nie ma co uogólniać, każdy z nas zna te sytuacje, kiedy właściciel(ka?) słodkiego yoreczka nie zdaje sobie sprawy, jak walecznego teriera ma obok siebie i za wszelką cenę chce ochronić go przed światem, a zwłaszcza tymi strasznymi wielkimi psami. Ale nie o tym dziś miało być! Przynajmniej idąc z czarnym na spacer mogę czuć się bezpiecznie... ;)

Krążą również całkiem interesujące przesądy/teorie/przekazywane z pokolenia na pokolenie ostrzeżenia - niniejszym przekazuję je również Wam, abyście wiedzieli jak nie popełnić błędu! Nie należy wybierać szczeniaka z ciemnym/czarnym brzuchem, to po pierwsze, a po drugie, jeśli spotkacie psa z czarnym podniebieniem to lepiej brać nogi za pas! Prawdopodobnie obie te cechy mając w sobie coś złowrogiego... Spotkałam się też z intrygującym stwierdzeniem, że czarne psy mają intensywniejszy swój psi zapach - akurat mam zupełnie przeciwne odczucia, ale może ktoś z Was coś takiego zaobserwował?

Na koniec świetny przykład ludowej opowieści, którą przytoczyła jedna z psich facebookowiczek jako odpowiedź na moje pytanie o czarne psy: w noc świętojańską (lub w inną szczególną, tu autorka przytaczała z pamięci opowieść babci) czarownice brały czarnego psa (chociaż lepszy byłby kot, ale pies też się nadawał) - ale calutkiego czarnego, bez ani jednego włoska w innym kolorze (Bąbel w takim razie odpada, bo mu jakieś brązowe kłaki przy kolanach się zrobiły...) - i wrzucały go żywcem do garnka. Gotowały go dopóki nie została tylko jedna kość, której, według podania, zwierzęta z domieszkami innych kolorów nie mają. Przy użyciu tej jednej kostki mogły rzucać uroki przez najbliższy rok. Rewelacja! A dla fanów teorii spiskowych i zjawisk paranormalnych, polecam krótki akapit o kryptozoologii ;) Skoro w Wielkiej Brytanii czarny kot przebiegający drogę przynosi szczęście to przecież musieli coś wymyślić w zamian!

Jestem bardzo ciekawa jak Wy osobiście postrzegacie czarne psy czy czarne zwierzęta w ogóle i czy spotkaliście się kiedyś z jakimiś ciekawymi sytuacjami albo teoriami. Dajcie znać! A tak poza tym, to czarny jest bardzo twarzowy! ;)


poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Piknik "Moda na kundelka" - fotorelacja

Dziś zapraszamy na fotorelację z wczorajszego pikniku "Moda na kundelka" (to już III edycja) zorganizowanego przy Schronisku dla Zwierząt we Wrocławiu. W zeszłym roku, tuż po adopcji, byliśmy na poprzedniej edycji tego pikniku, ale stres i temperatura zrobiły swoje, Bąbel nie mógł się skupić. Tym razem byliśmy tylko na godzinę pod koniec pikniku, ale załapaliśmy się na ćwiczenia na piłkach i wystawę psów nierasowych. Bąbel spisał się bardzo ładnie, mimo że było dość gorąco, nie robił afer, był jednak wciąż rozproszonymi wieloma nowymi zapachami. Spotkaliśmy znajomych z Parku Tołpy - Tajgę i Arię oraz Sigmę, z naszą trenerką i znajomą Elizą, które miały swoje stoisko na pikniku. Mieliśmy także okazję poznać Bohuna, którego bloga czytamy już od wielu miesięcy! Byłam bardzo zadowolona (i zdziwiona), że Bąbel w ogóle nie szykował się do żadnej awantury, panowie elegancko się przywitali. Zapraszamy do oglądania zdjęć! :)

Zapoznajemy się z Bohunem.

Szybkie ćwiczenie w rozproszeniu, coby się piechu za bardzo nie znudził.

Tadam! To nasze trzecie doświadczenie z piłkami, wcześniej mieliśmy okazję ćwiczyć na nich z Elizą w czasie szkolenia oraz na pikniku PsiejPaki. Bąblowi ewidentnie bardzo przypadła ta aktywność do gustu, więc na urodziny chyba dostanie taką piłkę!


Turlaj się!

Sigma i Tajga w czasie zabawy. Eliza, to zdjęcie jest specjalnie dla Ciebie! :D


Piękność! Tajga.

Taki śliczny piesek był również na pikniku.

Zgodnie orzekliśmy, że Sigma jest sterowana na pilota.

Najlepsze dziewczyny!

Sigma jak zawsze nie zawiodła jeśli chodzi o minę!

Nos!

Mój kochany pies! :)

Ekipa psów i ich pańciów z Parku Tołpy! 

Aria.

Aria siedzi na głowie Tajgi, a Tajga nic sobie z tego nie robi. Uwielbiam te psy :D

wtorek, 4 sierpnia 2015

Szlachetne zdrowie, czyli pies na diecie wątrobowej

W poprzednich wpisach przy recenzji próbek karm wspominałam o problemach zdrowotnych Bąbla i jego specjalistycznej diecie z tego wynikającej. Dziś kilka słów więcej na ten temat.

Daj parówkę...
Po adopcji popełniliśmy jeden zasadniczy błąd - nie zrobiliśmy od razu badania krwi. Odwiedziliśmy gabinet weterynaryjny na rutynową kontrolę, żeby przekonać się czy wszystko jest w porządku po schronisku, zmagaliśmy się też wówczas z łojotokowym zapaleniem skóry (szampon Sebovet Clean poradził sobie z problemem w kilka dni!), ale generalnie nic nie wskazywało na jakiekolwiek dolegliwości. Najprawdopodobniej jednak już wtedy było coś nie tak z wątrobą, ponieważ kiedy kilka tygodni później podjęliśmy decyzję o kastracji i wykonaliśmy (wreszcie!) niezbędne badania krwi, wyniki zdumiały nawet nasze panie wetki (swoją drogą, jeśli szukacie we Wrocławiu w Śródmieściu dobrego weterynarza, zgłoście się, a podamy namiar na panią Dorotę i panią Justynę, złote kobiety z najlepszym podejściem do zwierząt, prawdziwe profesjonalistki! trafiłam do nich dzięki mojej przyjaciółce - ze stronnictwa kociego ;) - i każdemu teraz będę polecać, z jakimkolwiek zwierzakiem!).

Nie znam się zupełnie na tych wskaźnikach, wiem tylko, że jeden z nich - ALT (GPT) - Bąbel miał drastycznie przekroczony. Przy normie 1,00-80,00 jego wynik wynosił 265,6! Miał też przekroczony wskaźnik stosunku albuminy/globuliny. Od razu zostaliśmy wyposażeni w tabletki Hepatiale Forte i karmę dla wątrobowców Royal Canin Hepatic, a Bąbel dostał zakaz jedzenia czegokolwiek poza karmą (psi smuteczek był nieogarniony...).

Jeśli chodzi o karmy dla psów z problemami wątrobowymi to wybór jest niestety niewielki. Z naszej perspektywy właściwie jedyną sensowną pod względem składu i ceny karmą był Royal i przez pierwsze zdaję się 2-3 miesiące Bąbel tę właśnie "paszę" wsuwał. W połowie terapii, czyli właśnie jakoś po 3 miesiącach zrobiliśmy badania kontrolne i zmiana była zasadnicza! Leczenie ewidentnie poskutkowało, ale dla utrzymania efektu i profilaktyki przez kolejne 3 miesiące Bąbel dalej dostawał tabletki, a na diecie weterynaryjnej jest do dziś, z tym że panie lekarki wynalazły lepszą karmę, mimo że nie ma ona w nazwie wątroby, a nerki - VetExpert Renal Dog - to skład się idealny.

W diecie wątrobowej chodzi bowiem o zmniejszenie ilości białka, co może być nieco zaskakujące, ponieważ zwykle dobrą karmę kojarzymy z dużą ilością białka i minimalną ilością węglowodanów, a najlepiej żeby była pozbawiona zbóż. My mamy sytuację całkowicie odwrotną. Pani Justyna mówiła nawet, że jak już ktoś naprawdę nie może wytrzymać i chce dać Bąblowi jakiś przysmak to lepiej już dać mu kawałek chlebka niż serka. Ser (jakikolwiek!) jest całkowicie na cenzurowanym!

W końcu 17 marca Bąbel został wykastrowany (co jest tematem i tak na osobny wpis), ale okazało się, że mimo dobrych wyników badań, nasz futrzak chyba już do końca życia będzie musiał na wątrobę uważać. Dostał tylko połowę dawki narkozy dla psa jego masy, a i tak wybudzał się wyjątkowo długo, więc nasze panie wetki zdecydowały, że karma weterynaryjna musi zostać, bo ewidentnie jego wątroba nie radzi sobie najlepiej. Obecnie jesteśmy na etapie oczekiwania aż minie co najmniej 6-8 miesięcy od kastracji i wtedy zrobimy ponowne badania krwi, gdy hormony będą już w miarę ustabilizowane. Mam nadzieję, że okaże się, że wszystko jest w porządku! Co nie znaczy, że będziemy mogli wrócić do ulubionej przez Buba Acany ;) Jak powiedziała pani Dorota, póki je, smakuje mu, to niech je tę wątrobową, ona mu nie zaszkodzi, a może tylko pomóc.

Muszę przyznać się, że tak jak leży mi na sercu zdrowie Bąbla, tak gdy zaczęliśmy szkolenie w domu, a potem kurs u Elizy z Positive Dog, zaczęłam mimo wszystko podawać mu "ponadprogramowe" smaczki, bo karma nie jest niestety dla niego wystarczającą motywacją. Najczęściej brałam garść karmy i do tego kroiłam parówkę na mniejsze kawałki, wtedy w saszetce wszystko się mieszało, karma przechodziła cuuuudownym aromatem parówek i była zdecydowanie lepszą nagrodą ;) Teraz zwykle korzystam z przekrojonych na mniejsze kawałki smakołyków z Rossmanna, czasami też Bąbel dostaje coś do chrupania na płytkę nazębną, dentastixy i inne takie cuda (swoją drogą, mamy na koncie przetestowane 4 rodzaje "dentystycznych" smakołyków i wkrótce pojawi się tu recenzja - jest zdecydowany zwycięzca w tym rankingu!). Mam nadzieję, że nie poskutkuje to powrotem problemów wątrobowych...

Zmierzając już do końca - jestem teraz gorącą orędowniczką wykonywania regularnych badań krwi u zwierzaków, a zwłaszcza gruntownej kontroli stanu zdrowia po adopcji ze schroniska. To oczywiste, że przy tylu futrzakach w schronisku nie ma możliwości zrobienia badań wszystkim i wiele dolegliwości może pozostać nie wykrytych, jeśli nowy właściciel nie podejmie inicjatywy. Problemy wątrobowe Bąbla nie manifestowały się w żaden widoczny sposób! Nie ma żadnej różnicy w jego zachowaniu przed/po leczeniu, nie dałoby się w żaden sposób rozpoznać tej dolegliwości "od zewnątrz", a kto wie co by mogło się wydarzyć, gdybyśmy nic nie zrobili w kwestii badań. Niewydolność wątroby może prowadzić wprost do śmierci.

Jeśli Wasze zwierzaki miały kiedyś podobne kłopoty to chętnie posłucham Waszych doświadczeń i porad, a jakby ktoś chciał wiedzieć coś więcej o naszym przypadku to niech pyta śmiało.

Pozdrowienia od Bąbla drzemiącego właśnie w moich nogach pod biurkiem, na zimnych panelach ;)

piątek, 3 lipca 2015

Historia adopcyjna Bąbla - część druga oraz skąd się wzięło imię "Bąbel"

Dla przypomnienia - w części pierwszej zatrzymaliśmy się na momencie, w którym skoro świt czekałam w holu schroniska na otwarcie biura adopcyjnego. Wkrótce okazało się, że nie będę czekać sama :) Przyjechał do mnie mój Bartek.

Bartek, ja i Bąbel w samochodzie, już tydzień po adopcji, w drodze na piknik "Moda na kundelka" przy wrocławskim schronisku. Tam po raz pierwszy spotkaliśmy naszą przyszłą trenerkę Elizę, która prowadziła podstawowe szkolenie dla wszystkich chętnych. Zbyt krótki czas od momentu adopcji i upał nie do zniesienia sprawiły, że ze szkolenia niewiele wyszło, ale i tak dało to nadzieję na przyszłość!

W międzyczasie powoli przychodzili pracownicy schroniska i nawet nic nie musieliśmy mówić, a byliśmy witani stwierdzeniem "Co, po pieska?". Wreszcie przyszedł upragniony moment i wzięliśmy bezimiennego jeszcze czarnuszka na spacer zapoznawczy. Przy okazji dojechał do nas jeszcze mój tata :)
Bąbel bez problemu dał sobie założyć smycz, ale widać było, że siedzenie za kratkami bardzo mu doskwierało (komu by nie doskwierało! zresztą przez 2 tygodnie przecież nie mógł w ogóle wychodzić) i przeokropnie ciągnął! Przeszliśmy w kierunku polanki i tam przy pierwszym napotkanym krzaczku Bąbel dał po raz kolejny dowód, że jest nauczony czystości - siusiał chyba przez dobrą minutę! ;)

Pierwsze siku oczywiście uwiecznione ;)

Potem już tylko harce mu były w głowie! Ogólnie rzecz ujmując, niezbyt zwracał na nas uwagę, chociaż kilka razy, gdy go zawołaliśmy popatrzył na nas, czasem przestał ciągnąć i podszedł, zamerdał ogonem - trochę mnie to podniosło na duchu, ponieważ bałam się, czy sobie poradzę. 
Spacerowaliśmy (i biegaliśmy, i hmm właściwie przeciągaliśmy się smyczą) chyba dobre pół godziny i w końcu decyzja zapadła - Bąbel wraca z nami do domu! 

Może uda mi się przegryźć tę głupią smycz i uciec...

Ciągnik w akcji!

Chwila spokoju na głaskanie.

Gdy poszliśmy do biura okazało się, że Bąbel z jakiegoś powodu bał się tam wejść, czy może raczej koniecznie wolał zostać na dworze, bo nie chciał być znów gdzieś zamknięty. Udało się jednak i do tego jakoś go przekonać. Dopełniliśmy formalności, podpisałam umowę adopcyjną, pies został zaszczepiony i mogliśmy jechać! Bąbel dość dobrze zniósł podróż samochodem, chociaż na pewno był zestresowany. Jednak największy stres miał dopiero nadejść - schody! Okazało się bowiem, że nasz czarnuch boi się wchodzić po schodach, a i schodzi tylko trzymając się blisko ściany. Pierwsze dwa podejścia skończyły się na tym, że z jednego półpiętra (mieszkamy na 2. piętrze) musiałam go przenieść, ale potem już było tylko lepiej. Mam jednak wrażenie, że coś z tego strachu wciąż mu zostało (nie sądzę, żeby kiedykolwiek zaprzestał tego schodzenia tuż przy ścianie... mijając się z sąsiadami na schodach muszę go usprawiedliwiać ;)).
Pierwsze chwile w nowym domu Bąbel spędził na zwiedzaniu i obwąchiwaniu wszystkiego. Staraliśmy się dać mu na razie swobodę, nie wołaliśmy go bez potrzeby, żeby miał czas oswoić się z nową sytuacją. Dość szybko i w bardzo jasny sposób - skamląc pod drzwiami - zażądał wyjścia na dwór. Odbyliśmy więc nasz pierwszy spacer po okolicy. Cały czas sporym problemem było ciągnięcie, ale teraz to już przeszłość - Bąbel ciągnie tylko jak jest nadmiernie podekscytowany i w nowych miejscach, a panowanie nad tym ćwiczymy na kursie, w którym właśnie uczestniczymy (o czym jeszcze niejednokrotnie napiszę!).
W domu Bąbel szybko opanował, gdzie są miski i gdzie jest jego miejsce do spania, chociaż pierwszej nocy spał na kafelkach w przedpokoju i dopiero gdy moja mama położyła w tym miejscu jego posłanie, a potem znów przeniosła je do mojego pokoju, zorientował się, że to jego kącik i od tamtej pory już przyzwyczaił się do legowiska. 
W pierwszych dniach, a nawet tygodniach Bąbel bardzo powoli otwierał się i pokazywał swój charakter, który w pełni objawił się dopiero niedawno, a i tak myślę, że to jeszcze nie wszystko! Był nieśmiały, ale skory do kontaktów z człowiekiem, przyjazny do innych zwierząt (po kastracji nieco mu się odmieniło w stosunku do niektórych samców, ale o tym innym razem). Uznaliśmy, że może wskoczyć sobie na kanapę i zachęcaliśmy go do tego, ale on zupełnie nie chciał. Co innego teraz - wędrówki pomiędzy jego legowiskiem, kanapą a moim łóżkiem to codzienny standard ;) Był jednak jeden śmieszny epizod drugiego albo trzeciego poranka - obudziły mnie cztery łapy wędrujące po mnie, gdy spałam w najlepsze. Gdy otworzyłam oczy Bąbel zamarł i od razu zeskoczył! Jakby nie wiedział, że tam leżę ;) I jakbym miała zaraz go zganić - a wcale nie miałam takiego zamiaru. Wiedziałam, że w sprawach wskakiwania na łóżko trzeba od początku być konsekwentnym, więc od razu postanowiłam, że ma moje pozwolenie. Na szczęście teraz już całkiem często z tego korzysta i wieczorem ogrzewa mi stopy albo rano kładzie się na moim brzuchu, żeby wymusić wcześniejsze wstanie (gdy tylko uchylę oko czuję jak merdający ogon bije o kołdrę ;)).

Tak oto zaczęła się nasza przygoda z nowym czworonożnym członkiem rodziny. Opisany w schronisku jako mały czarny, około 2,5-letni, bezimienny, u nas zyskał miano Bąbla, na które zaczął reagować już pierwszego dnia, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że to dobry wybór. Dyskusja dotycząca imienia toczyła się już od dłuższego czasu i padały różne propozycje - zwykle bardziej "eleganckich" imion ;) Jednak im bardziej poznajemy naszego psa, tym bardziej widać, że to jest po prostu Bąbel. Żadne imię nie oddałoby lepiej jego charakteru! Mały wariat, czasem awanturnik, robiący tak śmieszne rzeczy, że często mówimy, że to pies z kreskówki. Cały Bąbel! W skrócie często nazywany Bubu :)

Uwaga nieostry pies! Nikt mnie nie przekona, że inne imię by do niego pasowało ;) Toż to Bąbel!


sobota, 27 czerwca 2015

Historia adopcyjna Bąbla - część pierwsza

Nie wiem właściwie jak to się stało, ponieważ od dzieciństwa bałam się psów. Czarny (!) pudel sąsiadów skoczył na mnie, zapewne z radości, a ja miałam ledwie kilka lat i wydał mi się ogromnym czarnym potworem, który chce mnie zjeść. No i jeszcze szczekanie! Ostatnimi laty póki pies nie szczekał była nawet szansa, że się do niego zbliżę, przestałam też bać się mniejszych psów, ale nadal nie czułam się swobodnie w towarzystwie czworonogów. Aż pewnego dnia obudziłam się z myślą, która była jednoznacznym impulsem – a może by adoptować psa ze schroniska? Naprawdę nie mam pojęcia jakimi meandrami ta myśl nagle wypłynęła tuż po moim obudzeniu się w sierpniu zeszłego roku. Była jednak na tyle silna, że od razu postanowiłam wejść na stronę internetową wrocławskiego schroniska i poczytać. I przepadłam! Po swojej stronie miałam tatę, nad mamą trzeba było popracować, ale w końcu cała rodzina, łącznie z dziadkami była za przyjęciem czworonożnego lokatora.

Bąbel jeszcze w boksie, nieświadomy, że ta, która go głaszcze niedługo go zabierze do prawdziwego domu :)

Początkowo jednak nie ufałam zbytnio temu impulsowi (który jak się okazało zwiastował rychło nadciągającą przemianę w moim stosunku do psów) i postanowiłam go doświadczalnie zweryfikować wybierając się do schroniska. Kilka wizyt, długie godziny w internecie, rozważanie wszelkich za i przeciw i byłam pewna, że chcę adoptować psa. Nie miałam żadnych specjalnych życzeń, poza tym, żeby był nieduży, taki, żebym dała go radę jeszcze unieść i znał podstawy życia w domu. Nie czułam się na siłach, żeby przyjmować psa, z którym trzeba byłoby długo pracować. Nie miałam doświadczenia  (i wciąż niespecjalnie mam) i chciałam zacząć moją psią przygodę z czworonogiem, który ma już podstawy i jest łagodny, przyjazny do ludzi i zwierząt.

Łapka podana mojemu drugiemu połówkowi, Bartkowi :)

Każdy w naszym domu miał swojego faworyta – tata wypatrzył szorstkowłosego terrierowatego, mama małego awanturnika, a także kilka innych piesków, jednak po kolei konkurenci Bąbla byli eliminowani, aż w końcu rodzice pogodzili się z tym, że to musi być Bąbel. Moje serce zdobył od razu i był numerem jeden, chociaż rozważałam też adopcję innych psiaków. Jeden gest, który wykonywał momentalnie gdy zbliżyło się dłoń do jego boksu zaważył na mojej miłości od pierwszego wejrzenia – podawał łapkę! Był taki osowiały, skulony, ale wyciągał tą łapkę przed siebie, a potem nastawiał się do drapania :) Szczeknął może dwa razy, był spokojny i przyjazny, w jego boksie było czysto – zwiastowało to same plusy. Pracownicy schroniska jedyne, co mogli o nim powiedzieć, to że rzeczywiście jest przyjazny i sporo osób o niego pytało. No właśnie – Bąbel był na kwarantannie, tzn., podaję dla niewtajemniczonych, trwał okres dwóch tygodni jego pobytu w schronisku, w czasie których mógłby się zgłosić właściciel. Pozostał mniej więcej tydzień do końca, gdy postanowiłam, że to mój pies i zaczęłam codziennie go odwiedzać, i chociaż nie mogliśmy ze względu na kwarantannę wyjść na zapoznawczy spacer, to przesiadywałam przy jego boksie, aby rozpoznał mnie w dniu adopcji i nie bał się, że ktoś nieznajomy gdzieś go zabiera. Gdy nastał ostatni dzień kwarantanny upewniłam się, że wciąż jest duże zainteresowanie moim psem i szybko podjęłam decyzję, że budzik nastawiam na 4 rano. Z opowieści osób, które spotkałam w schronisku wynikało, że wiele osób tak robi, gdy zależy im na konkretnym psie, i pan ochroniarz bez problemu wpuszcza do budynku, aby można było poczekać na otwarcie biura. Tak więc baaaaardzo wczesnym porankiem 3 września 2014 roku, z herbatą, kanapka i książką, smyczą i obróżką byłam pierwsza w kolejce po mojego kochanego czarnego psa  :)

I łapka dla przyszłej pani :) To niepewne bursztynowe oko teraz wypełnia błysk szaleństwa w czasie zabawy!
CDN