Nie wiem właściwie jak to się stało, ponieważ od dzieciństwa
bałam się psów. Czarny (!) pudel sąsiadów skoczył na mnie, zapewne z radości, a
ja miałam ledwie kilka lat i wydał mi się ogromnym czarnym potworem, który chce
mnie zjeść. No i jeszcze szczekanie! Ostatnimi laty póki pies nie szczekał była
nawet szansa, że się do niego zbliżę, przestałam też bać się mniejszych psów,
ale nadal nie czułam się swobodnie w towarzystwie czworonogów. Aż pewnego dnia
obudziłam się z myślą, która była jednoznacznym impulsem – a może by adoptować
psa ze schroniska? Naprawdę nie mam pojęcia jakimi meandrami ta myśl nagle
wypłynęła tuż po moim obudzeniu się w sierpniu zeszłego roku. Była jednak na
tyle silna, że od razu postanowiłam wejść na stronę internetową wrocławskiego
schroniska i poczytać. I przepadłam! Po swojej stronie miałam tatę, nad mamą
trzeba było popracować, ale w końcu cała rodzina, łącznie z dziadkami była za
przyjęciem czworonożnego lokatora.
![]() |
Bąbel jeszcze w boksie, nieświadomy, że ta, która go głaszcze niedługo go zabierze do prawdziwego domu :) |
Początkowo jednak nie ufałam zbytnio temu impulsowi (który jak się
okazało zwiastował rychło nadciągającą przemianę w moim stosunku do psów) i
postanowiłam go doświadczalnie zweryfikować wybierając się do schroniska. Kilka
wizyt, długie godziny w internecie, rozważanie wszelkich za i przeciw i byłam
pewna, że chcę adoptować psa. Nie miałam żadnych specjalnych życzeń, poza tym,
żeby był nieduży, taki, żebym dała go radę jeszcze unieść i znał podstawy życia
w domu. Nie czułam się na siłach, żeby przyjmować psa, z którym trzeba byłoby długo
pracować. Nie miałam doświadczenia (i
wciąż niespecjalnie mam) i chciałam zacząć moją psią przygodę z czworonogiem,
który ma już podstawy i jest łagodny, przyjazny do ludzi i zwierząt.
![]() |
Łapka podana mojemu drugiemu połówkowi, Bartkowi :) |
Każdy w naszym domu miał swojego faworyta – tata wypatrzył
szorstkowłosego terrierowatego, mama małego awanturnika, a także kilka innych
piesków, jednak po kolei konkurenci Bąbla byli eliminowani, aż w końcu rodzice
pogodzili się z tym, że to musi być Bąbel. Moje serce zdobył od razu i był
numerem jeden, chociaż rozważałam też adopcję innych psiaków. Jeden gest, który
wykonywał momentalnie gdy zbliżyło się dłoń do jego boksu zaważył na mojej miłości
od pierwszego wejrzenia – podawał łapkę! Był taki osowiały, skulony, ale
wyciągał tą łapkę przed siebie, a potem nastawiał się do drapania :) Szczeknął może dwa
razy, był spokojny i przyjazny, w jego boksie było czysto – zwiastowało to same
plusy. Pracownicy schroniska jedyne, co mogli o nim powiedzieć, to że
rzeczywiście jest przyjazny i sporo osób o niego pytało. No właśnie – Bąbel był
na kwarantannie, tzn., podaję dla niewtajemniczonych, trwał okres dwóch tygodni
jego pobytu w schronisku, w czasie których mógłby się zgłosić właściciel. Pozostał mniej więcej tydzień do końca, gdy postanowiłam, że to mój pies i
zaczęłam codziennie go odwiedzać, i chociaż nie mogliśmy ze względu na
kwarantannę wyjść na zapoznawczy spacer, to przesiadywałam przy jego boksie,
aby rozpoznał mnie w dniu adopcji i nie bał się, że ktoś nieznajomy gdzieś go
zabiera. Gdy nastał ostatni dzień kwarantanny upewniłam się, że wciąż jest duże
zainteresowanie moim psem i szybko podjęłam decyzję, że budzik nastawiam na 4
rano. Z opowieści osób, które spotkałam w schronisku wynikało, że wiele osób
tak robi, gdy zależy im na konkretnym psie, i pan ochroniarz bez problemu wpuszcza
do budynku, aby można było poczekać na otwarcie biura. Tak więc baaaaardzo
wczesnym porankiem 3 września 2014 roku, z herbatą, kanapka i książką, smyczą i
obróżką byłam pierwsza w kolejce po mojego kochanego czarnego psa :)
![]() |
I łapka dla przyszłej pani :) To niepewne bursztynowe oko teraz wypełnia błysk szaleństwa w czasie zabawy! |
CDN